Woda w kranie na śniadanie

Wynajmujesz dom na wsi. Murowany, z dostępem do prądu i wody, dwoma pokojami, salonem, korytarzem prowadzącym do toalety i prysznica. Dom ma piękny ganek, przy którym rosną nieznane ci wcześniej kolorowe roślinki. Sąsiedzi z naprzeciwka witają cię z radością machając przyjaźnie, dzieci są mniej nieśmiałe, przybiegają i przyglądają się z bliska. Po podwórku pałętają się kury i kozy sąsiadów, choć w zasadzie nie wiadomo, czyje są te kury i kozy, bo wszędzie ich pełno i nikt nie zwraca na nie najmniejszej uwagi. To dom na wsi w Afryce. Murowany, z dostępem do prądu i wody, co z gruntu sytuuje cię wśród bogatszej części społeczności. Większość mieszkańców bowiem mieszka w rozsypujących się murowanych pomieszczeniach, bądź w glinianych lepiankach. Za kuchnię służy im namiot zrobiony z bambusów i liści palmowych. Ty też nie masz w swoim domu kuchni. Ale to nawet lepiej, bo nie wyobrażasz sobie gotowania czegokolwiek w zamkniętym pomieszczeniu. Jest i tak zbyt gorąco, by usiedzieć wewnątrz w ciągu dnia.

Dom i owszem ma prąd, ale wody jeszcze nie. Właściciel obiecuje ci, że to się zmieni. Wkrótce. Faktycznie, jeszcze tego samego dnia przychodzi hydraulik i podłącza licznik. Ale sam licznik nie wystarcza. Hydraulik tłumaczy, że system jest gotowy, ale niestety rurociąg dostarczający wodę połowie mieszkańców wsi (w tym tobie), jest zepsuty. Nastąpił wyciek. Myślisz, nie ma sprawy, jak tylko wyciek zostanie naprawiony, z kranu poleci woda. Tymczasem jedziesz na targ i kupujesz kilkudziesięciolitrową plastikową beczkę, w której przechowujesz wodę przyniesioną ze zbiornika na deszczówkę należącego do właściciela domu. Przy okazji odkrywasz zastosowanie dla małych kolorowych plastikowych wiadereczek, które sprzedają na wszystkich straganach. Doskonałe do polewania się, nabierania wody na kawę i mycia kubków.

I uczysz się korzystać z afrykańskiej wody. Do picia, do mycia, do kibla. Żadnego tam chlust za ganek, wszystko się przyda. Ta woda trochę śmierdzi, zastanawiasz się, czy ją pić. W końcu jednak pijesz przegotowaną. Chyba bardziej ze wstydu przed sąsiadami, którzy nie kupują wody butelkowanej nigdy.

Tak mijają dni. Przyzwyczajasz się do tego, że woda jest nie w kranie, tylko w niebieskiej beczce. W napełnianiu beczki pomagają ci dzieci sąsiadów, które nie mogą zrozumieć, że nosisz na głowie wodę w miednicy razem z nimi. Aha!

Nie dodałam, że jesteś biały.

To w oczywisty sposób zmienia nastawienie wszystkich mieszkańców wsi wobec ciebie.

Po kilku dniach właściciel domu przychodzi i mówi, że gdy następnym razem skończy się woda, dzieci pójdą i przyniosą jej nowy zapas z pompy, która jest po drugiej stronie wsi. Całkiem daleko – myślisz. I jeszcze - deszczówka się kończy. W zasadzie nic w tym dziwnego, bo pora deszczowa zmierza ku końcowi i ulewy są coraz rzadsze. Pytasz właściciela, czy długo jeszcze będą naprawiać rurociąg. Nie ma pojęcia. Nikt w zasadzie nie ma o tym pojęcia, choć wszyscy ludzie z sąsiedztwa chodzą po wodę albo do wspomnianej oddalonej pompy, albo do rzeki, która jest jeszcze dalej niż pompa. Zastanawiasz się, dlaczego biorą wodę z rzeki, skoro jest brudniejsza i dalej trzeba po nią iść. Woda z rzeki jest za darmo. Siedząc wieczorem na ganku obserwujesz gotujących kolację sąsiadów i zaczynasz zastanawiać się, skąd biorą pieniądze, jeśli nigdzie nie pracują, o czym świadczy ich ciągła obecność w domu. W zasadzie nie wiesz, gdzie mogliby pracować, bo we wsi jest tylko kilka straganów, tyle samo drink spotów, jedna księgarnia i jedna apteka, mnóstwo kościołów i szkoła. No i pola przetykane buszem naokoło wsi, ale praca na nich przynosi korzyści jedynie w postaci pomidorów, okru, jamu, cebuli, kukurydzy i kilku jeszcze warzyw, których nigdy wcześniej nie widziałeś. Niewątpliwie jednak sąsiedzi muszą mieć skądś pieniądze, skoro od czasu do czasu jeżdżą tro-tro do pobliskiego miasteczka, kupują w sklepie kilka cebul i płynne fufu i wysyłają swoje dzieci do szkoły.

Zbyt jednak jest gorąco, żeby dłużej o tym myśleć, a poza tym z krzaków nadeszły mrówki, które zaczynają włazić przez ganek i okno do domu, więc musisz skupić się na tym, jak je szybko wypędzić, zanim zaanektują cały domek. Koniec pory deszczowej. Sąsiad przeskakujący między ich ścieżkami na podwórku mówi, że to normalne i trzeba palić wilgotną szmatę przed domem, wtedy nie przyjdą. Nad sensem palących się szmat zastanawiałeś się wczoraj, pamiętasz. Palisz mrówki, bo nie dały się przekonać słowem i gestem.

Ten brak wody zaczyna cię wkurzać. Nie chodzi o to, że kłopotliwe jest korzystanie z wody z beczki, czy przynoszenie jej. Noszenie wody z pompy staje się nawet miłym zajęciem, bo mieszkańcy wsi zaczepiają cię śmiejąc się i niedowierzając, że sam ją sobie nosisz. Ty ich też nie do końca rozumiesz. Ciężko ci zaakceptować, że tak ciężkie miednice miałyby nosić dzieci z sąsiedztwa – nosisz je za nie, a w zasadzie z nimi, bo one towarzyszą ci na każdym kroku próbując co chwila przejąć miednicę, jakby zawstydzone, że to ty ją dźwigasz. Brak wody w rurach wkurza cię z innego powodu. Było obiecane. Gdyby właściciel uprzedził cię, że nie będzie wody w rurach, byłbyś całkowicie zrelaksowany nosząc sobie ją na głowie co wieczór. Jednak w tej sytuacji nosisz ją sobie i myślisz, ile jeszcze nie będzie tej wody, na którą się umówiłeś?

W zasadzie czujesz się oszukany, choć cały czas właściciel mówi, że jak tylko naprawią rurociąg, woda popłynie w twoim kamiennym, zagrzybionym brodziku. I tego właśnie chcesz. Bo tak było ustalone.

Któregoś wieczora myślisz sobie, że twoja upartość całkiem przypomina upartość tych poukładanych ludzi, którzy wsiadając do pustego pociągu z miejscówkami zawsze siadają dokładnie na wyznaczonym przez bilet miejscu. Zawsze się z tego śmiałeś myśląc o sobie, jako o człowieku wyluzowanym i niepotrzebującym tego typu ograniczającego porządku. Siedząc na ganku obok niebieskiej beczki uświadamiasz sobie, że twoje wkurzenie jest całkiem podobne do owych szukających swojego miejsca w pustym pociągu. Przychodzi właściciel i zagaduje pytając, czy brak wody ci nie doskwiera. Odpowiadasz, że nie i naprawdę czujesz, że już możesz sobie chodzić do tej pompy. Właściciel niespodziewanie zaczyna narzekać, że jego zbiorniki na deszczówkę się kończą i niedługo on też będzie musiał zacząć wysyłać dzieci po wodę na drugi koniec wsi. I płacić. Bo deszczówka była przecież za darmo. I wtedy wpada ci do głowy pewien plan.

Jak już wspominałam, jesteś biały i wszyscy traktują cię specjalnie. Dziwią się, że wykonujesz podstawowe czynności domowe, mimo, że oni sami też je wykonują.

W umysłach mieszkańców wioski jesteś świętą krową i postanawiasz to wykorzystać, by oszczędzić dzieciom z twojej części wsi noszenia ciężkich wiader i miednic z wodą.

Pytasz właściciela, z kim trzeba porozmawiać i na kogo wpłynąć, żeby przyspieszyć naprawę rurociągu. Właściciel szybko zaczyna rozumieć twój plan. Umawiacie się i następnego poranka jedziecie do prezesa wodnego zarządu wsi. Właściciel będzie mówił, a ty masz grać milczący wyrzut sumienia prezesa. Zastajecie go o siódmej rano na drugim końcu wsi, nadzorującego grupę osób oczyszczających z krzaków i śmieci pobocza drogi. Ale numer – myślisz – prace społeczne. Właściciel po stosownych powitaniach starszego już wiekiem prezesa, naświetla problem, w lokalnym języku Ewe często wskazując na ciebie. Sam już nie wiesz, w jakim charakterze tam jesteś. Starasz się być poważny, ale chce ci się śmiać, bo nic nie rozumiesz i czujesz się, jak eksponat – prawdziwa święta krowa. Doceniasz też wysiłek właściciela, który nie dość, że poświęcił swój czas, to w zasadzie stał się przedstawicielem połowy wsi. Rozmawiają pół godziny, ze strzępków zrozumianych słów rozumiesz, że prezes musi zajmować się różnymi sprawami i wszystkie są kosztowne, tak jak i naprawa wycieku. W końcu jednak wyjmuje komórkę i dzwoni do hydraulika. Właściciel mówi ci, że zaraz pojedziecie po hydraulika, który dziś naprawi rurę. Gdzieś to już słyszałeś, ale zastanawia cię, jak hydraulik znajdzie wyciek na odcinku rurociągu liczącym kilkanaście kilometrów. Właściciel mówi, że wszyscy przecież wiedzą, gdzie jest wyciek, bo cieknie już od miesiąca. Uświadamiasz sobie, że faktycznie prezes wiedział od razu, o jaki wyciek chodzi. Pytasz właściciela, czy ktoś wcześniej prosił zarząd wodny o interwencję. Kiwa przecząco głową i wcale go to nie dziwi.

Brak wody w rurach został przyjęty ze spokojem przez dwieście osób we wsi i w zasadzie twoje obawy o kręgosłupy dzieci właściciela były jedynym motorem do naprawy, która naprawdę może się dziś wydarzyć. Myślisz, że ciebie i sąsiadów zdecydowanie coś różni. Zaczynasz zastanawiać się, czy dla kogokolwiek oprócz ciebie brak wody był problemem? Jedziecie po hydraulika.

Jesteś bardzo zdziwiony, że hydraulik ze swoją średnich rozmiarów torbą czeka już przed domem. Przyzwyczaiłeś się do czekania. Święta krowa chyba działa. Właściciel zawozi speca na miejsce wycieku. Po południu w rurach zaczyna bulgotać. Dziwnie jakoś. Odkręcasz kurek i z prysznica leci woda. Zastanawiasz się, czy można było naprawić to miesiąc temu. Jesteś raczej pewien, że tak. Zastanawiasz się, dlaczego wszyscy do tej malutkiej awarii podeszli z rezygnacją i nikt nie pofatygował się do prezesa. Czy z racji wcześniejszych bezowocnych prób załatwienia innych spraw? A może po prostu mało kto widzi różnicę w tym, skąd czerpie wodę? A może są większe problemy? W zasadzie nie wiesz, czy oprócz ciebie i właściciela ktoś jeszcze w najbliższej okolicy ma wodę w domu.

W ogóle coraz częściej się zastanawiasz i coraz częściej nawet rozumiesz motywy działań bądź braku działań swoich sąsiadów. Nie zmienia to faktu, że najchętniej zorganizowałbyś wszystko po swojemu, i tylko upał niezmiennie przypomina ci, że nie jesteś u siebie.

Woda przestała lecieć już następnego dnia. Nie pytasz nawet nikogo, czy to tylko u ciebie. Bierzesz miednicę i idziesz do pompy. Mijasz właściciela siedzącego na wystawce swojego sklepu z drewnianymi rzeźbami. Wcale nie pyta, dlaczego idziesz po wodę. Kto w końcu powiedział, że jak zostało naprawione, to nie może następnego dnia się zepsuć. Już ci się nie chce iść do prezesa. Zaczynasz łapać klimat.


Komentarze (zapraszamy do dyskusji):

Afrobeast / 23 lutego 2010

To ładne... wiesz dlaczego :) Mam z tego okresu też swoje notatki. historia z z wodą w kranie jest dłuższa - zaczyna się w sierpniu 2008. Czy ktoś to czyta oprócz mnie?

Dominik Paszkiewicz / 25 lutego 2010

no ba, wiadomo, że czyta :)

a tak swoją drogą statystyki wskazują na to,
że jednak ktoś czyta, a nawet trafia przypadkiem z google

gosia / 13 sierpnia 2010

Nie tylko czyta. Powyższa historia została opowiedziana podczas co najmniej 8 szkoleń dla nauczycieli, które prowadziłam wiosną.


Dodaj komentarz — zapraszamy do dyskusji!

 
Nasi Partnerzy Amani Kibera Instytut Globalnej Odpowiedzialności Counter Balance Polska Akcja Humanitarna Grupa Zagranica Bankwatch Network Polska Zielona Sieć