Jak się je w Afryce...

african daily

Jadąc do Afryki trochę boisz się, co tam będziesz jeść? Co oznaczają te wszystkie dziwne nazwy - fufu, banku, kenke itp. Czy dla Twoich sąsiadów pierogi też będą brzmieć głupkowato?

Sąsiedzi dziwią się, że przywlokłeś mały metalowy grill z rynku - nie rozumiesz czemu, bo niby na czym miałbyś gotować? Wszystko wyglądało swojsko, gdyby nie to, że zamiast podpałki masz do dyspozycji wachlarzyk z liści, trochę suchych liści i czako. Czyli charchoal, tylko po ghanijsku. Myślałeś, że te wachlarzyki to do wachlowania się i ozdoby, tak ładnie wyglądają. Nabierasz do nich odrazy po 15 minutach machania, gdy jesteś już całkiem mokry od potu, a węgielki wciąż nie chcą się rozpalić. Sąsiedzi już coś tam jedzą. Ty wachlujesz grill. Jeszcze tylko kilka machnięć i napijesz się herbaty. Masz na nią ochotę, bo wydaje ci się, że ugasi ona Twoje pragnienie.

Dość! Idziesz do sąsiadów i pytasz, czy możesz pożyczyć od nich jeden mały rozżarzony węgielek. Trochę ci głupio, bo przecież oni tak niewiele mają. Wyglądają jednak na uradowanych twoją prośbą. Wielka czarna mama z szelmowskim uśmiechem daje ci kilka węgielków na kawałku blachy. Będzie herbata! Ryż z pomidorami i tuńczykiem! A co oni jedli?

Czarna mama codziennie gotuje fufu - białego gluta z mąki maniokowej i kukurydzianej, czyli coś na kształt polskich ziemniaków do każdego obiadu. Do tego sos - jakby pomidorowy, ale z dodatkiem zielonej okry i garden eggsów, zmielonych w kamiennym moździerzu zielonych dużych liści niewiadomoczego i ostrych czerwonych papryczek, a także czerwonego oleju palmowego.

Do tego czasem dodaje rybę - albo jedną wielką tilapię, albo kilka małych wysuszonych w całości rybek. Czasami dodaje mięso zamiast ryby, ale rzadko. Cała rodzina je to dwa razy w ciągu dnia, rano i wieczorem. Nawet małe dzieci to jedzą - nie ma urozmaiceń w menu.

Pachnie smakowicie. Chcesz też gotować coś takiego, bo wydaje ci się to smaczne i pożywne. Zaczynasz szukać na straganach wszystkich tych składników. Kupujesz też kamienny moździerz, żeby móc miażdżyć warzywa do sosu. Wszystko kupiłeś, ale nie wiesz, z czego robią fufu. Pytasz, czy można kupić gotowe. Sprzedawczyni potakuje i daje ci foliowy worek pełen białej wody. Aha, pamiętasz, że czarna mama codziennie siedzi przed domem i miesza fufu wielką drewnianą łyżką przypominającą wiosło. No to nie będzie fufu, bo nie masz takiego garnka.

Po długich staraniach garnek pożycza ci dziewczyna twojego kumpla Freemana. Idzie z tobą kupić dobre fufu – czyli odpowiedni worek. Nie rozumiesz zupełnie, czym różni się jedna biała woda od drugiej, ale szanujesz wybór znajomej, w końcu jakby chodziło o bigos, też wiedziałbyś lepiej. Pierwsza prawdziwa ghanijska kolacja. Rozpalacie grill. Wprawiłeś się już w wachlowaniu. Wlewacie płynne fufu do specjalnego garnka i powoli gotujecie. W tym czasie kroicie i rozgniatacie warzywa, gotujecie je w drugim garnku. Kingston wlewa tam z pół butelki czerwonego oleju palmowego, tak, że wszystko zaczyna pływać. No i trochę dziwnie pachnie. Na koniec dodajecie rybę – z puszki „Queen Africa”.

Co prawda parę dni temu kupiłeś kilka kawałków suszonej ryby, ale po otwarciu czarnej reklamóweczki z rybą wysypały się z niej białe robaki. Myślałeś, że skoro na straganie leżą cały dzień i nic im nie jest, to w siatce też mogą poczekać. Niestety nie. Każdego wieczora sprzedawcy opalają z muszych jaj ryby, które nie zostały sprzedane. W ten sposób następnego dnia nie ma na nich białych larw. Kingston mówi, że lekarstwem na to jest po prostu jeść od razu po kupieniu. Oni jedzą i nic.

Taaa…

Queen Africa pływa już w warzywach, olej palmowy przestał śmierdzieć – sos zaczyna pachnieć tak, że ślinka ci cieknie.

Jeszcze fufu. Dziewczyna Freemana przynosi dwa metalowe pręty, siada na ziemi i nogami i prętami przytrzymuje garnek z fufu. Mając wolne ręce (ha! wolne ręce to podstawa w Afryce) miesza wiosło-łyżką fufu. Próbujesz też – ciężko! Śmieją się z ciebie, ale doceniają, że chcesz się nauczyć. Fufu łaskawie stało się dobre po jakiejś pół godzinie mieszania. Padasz z nóg, jest gorąco, zmierzcha.

Sos w garze staje na drewnianej ławeczce przed domem. Fufu trzeba jeszcze uformować w kulkę – robi się to wkładając masę do okrągłego sitka i kręcąc parę minut. Wychodzą dwie ogromne kule wielkości głowy Desmonda – małego synka czarnej mamy sąsiadki.

Zapraszasz sąsiadów na kolację. Garnek sosu i dwie kule fufu. Kupujesz do tego parę butelek piwa dla wszystkich. Podpatrzyłeś, że przed jedzeniem wszyscy myją ręce płynem do naczyń – zamiast mydła. Przynosisz więc płyn do naczyń.

Całe podwórko razem z tobą je rękoma odrywając po kawałku fufu i maczając go w sosie. Co sprawniejsi wyciągając fufu łapią koniuszkami palców kawałki ryby. Nie ma w tym nic dziwnego, nic odpychającego, nic trudnego. Po prostu jedzenie rękami.

Najszczęśliwsze są dzieci – to ich pierwszy posiłek w gościach.

To najlepsza i najweselsza kolacja, jaki jadłeś pod tą szerokością geograficzną. Koniec z ryżem i tuńczykiem!


Komentarze (zapraszamy do dyskusji):

KArolina / 14 czerwca 2016

jestem karolina


Dodaj komentarz — zapraszamy do dyskusji!

 
Nasi Partnerzy Amani Kibera Instytut Globalnej Odpowiedzialności Counter Balance Polska Akcja Humanitarna Grupa Zagranica Bankwatch Network Polska Zielona Sieć