Bomby kasetowe a sprawa polska

Zamiast wstępu...

Faktem powszechnie znanym jest, iż jako gatunek jesteśmy niezmiernie pomysłowi. Cecha ta pozwala nam od wieków dostosowywać się do różnych, nawet najbardziej skrajnych warunków. Pomysłowość, myślenie abstrakcyjne i zdolność łączenia faktów zapewniły nam dominującą pozycję na planecie. Z drugiej strony te same cechy czynią z nas od czasu do czasu największe przekleństwo dla planety i jej mieszkańców z nami samymi na czele.

Przykładowo: homo sapiens wynalazł koło i penicylinę aby nie dźwigać ciężkich przedmiotów i eksterminować szkodliwe mikroby. Ten sam homo sapiens wynalazł również bomby kasetowe w sposób okrutny zabijające innych homo sapiens. Homo sapiens zauważył jednak, że bomby te — a właściwie ich niewybuchy — trafiają równie często w tych przedstawicieli naszego gatunku, którzy zamiast miecza noszą grabie, bądź też usiłują dostać się z tornistrem do szkoły. Homo sapiens uznał to za odrażające. Zdecydował się wówczas błąd swój naprawić i w pogodny majowy dzień 2008r. w Dublinie podjął decyzję o zakazie używania tego rodzaju broni. Aby jednak wykonać zgodny z logiką dziejów i dualizmem natury ludzkiej krok w tył - inny homo sapiens zatroszczył się o to, by kraj zwany ’Polska’ konwencji tej nie podpisał, podkopując tym samym wysiłki bardziej postępowych przedstawicieli swego gatunku.

Zacznijmy jednak od początku, czyli: czym są bomby kasetowe?

Czym jest bomba kasetowa? Mechanizm działania i budowa bomby kasetowej w swym podstawowym założeniu są proste. Zakładając, że celem postawionym przed wynalazcą było opracowanie narzędzia zdolnego w krótkim czasie i na sporej przestrzeni przy wykorzystaniu niezbyt dużych środków zabić jak najwięcej osób - wynalazca z zadania wywiązał się w sposób wzorowy. Jak to osiągnął? Odpowiadając na pytanie - co jest lepsze od bomby? Odpowiedz a): większa bomba, odpowiedz b): więcej bomb. Odpowiedz ’a’ doprowadziła nas do Hiroshimy (co samo w sobie jest materiałem na osobny artykuł) - nas jednak interesuje odpowiedz ’b’. Podążając za logika mnożenia bomby przez bomby wynalazca w potraktował jedną bombę jako bombę-matkę. Pewnego rodzaju termos, czy tez kontener, do środka którego wkładamy jeszcze więcej bomb... Bomba-matka wybuchając rozrzuca na sporej przestrzeni swe mniejsze bomby tworząc ich deszcz dookoła celu. Bomby-córki eksplodują samodzielnie nad celem rozrzucając odłamki. W efekcie za pośrednictwem jednego pocisku, czy to zrzucanego z maszyny latającej, czy tez eksportowanego nad cel za pośrednictwem moździerza, wskazany teren przezywa biblijna gehennę .. Tanie, efektywne i efektowne. A jeśli dodamy możliwość włożenia do takiej bomby samouzbrajających się min, albo pocisków zapalających?

Czy można zarzucić cokolwiek temu wynalazkowi? Okazuje się, ze można. Oczywiście trudno jest kwestionować jego skuteczność operacyjną czyli jego wartość bojową. Niezależnie od okrucieństwa narzędzi, każdy wojskowy podkreśli, iż wojna rządzi się swymi prawami i swoją logika. Na wojnie giną i są ranieni żołnierze. Jest to fakt nie podlegający dyskusji. Zgodnie z logiką tak postawionego argumentu, mając na względzie to, że ’nasi chłopcy’ walczą pod słusznym sztandarem, gdyż ’nasz’ sztandar zawsze jest słuszny, konieczne okrucieństwo jest cena, która płacimy za przyszły nowy, wspaniały i sprawiedliwy świat. A bomba kasetowa niesie nam pokój pozwalając szybko i skutecznie pozbyć się wroga, który walcząc pod sztandarem innym niż ’nasz’ niesie nam wojnę, głód i zniszczenie. Podobną argumentacje zakładam po stronie przeciwnej. Co złośliwsi krytycy mogliby w takiej sytuacji powiedzieć, iż choć nikt nie krytykuje skuteczności bojowej broni nuklearnej - używanie jej nie jest chyba najlepszym pomysłem. Pozwólmy sobie jednak pominąć tego rodzaju przewrotna argumentacje.

Więc gdzie leży problem?

Paradoksalnie problem polega na tym, ze każda wojna się kończy. Na terenie niedawnych działań wojennych powstają drogi, mosty, szkoły. Grzebiemy poległych i pielęgnujemy rannych. Pozostają jednak niewypały, niewybuchy czy tez miny. Nie każda bomba wybucha. Czasem ma wadliwy zapalnik, czasem spadnie na miękki, zawilgotniały grunt. Czasem nie wybucha bez żadnej przyczyny.

Trudno określić dokładnie, ile statystycznie procent wszystkich zrzuconych bomb zamienia się w niewybuchy czekające cierpliwie na przechodzącego w pobliżu cywila. Przeciwnicy bomb kasetowych często starają się zawyżać tę ilość mówiąc nawet o 40% wszystkich ładunków. Zwolennicy, podkreślając rozwój technologii wojskowej twierdzą, iż ilość niewybuchów systematycznie zmniejsza się w nowszych generacjach sprzętu, do około 5%. Dla potrzeb artykułu załóżmy że mamy do czynienia z niewybuchami w ilości 10% wszystkich rozrzuconych ładunków. Rzućmy okiem na przykładową bombę kasetową będącą na stanie Wojska Polskiego. Nazywa się ona ZK-300. To poradziecki sprzęt starszej generacji. Zgodnie z opisem, który każdy zainteresowany możne znaleźć w sieci:

’ZK-300 - polska bomba kasetowa. Po zrzucie z bomby jest uwalniane 315 bomb odłamkowych o łącznej masie 252 kg. Pole rażenia sub-amunicji tworzy prostokąt o wymiarach 200x1500 m.’ (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/ZK-300).

W efekcie jej użycia na półtorakilometrowym pasie o szerokości 200m pozostaje około trzydziestu niewybuchów. Oczywiście mówimy o statystyce. Może się okazać, ze niewybuchów będzie zaledwie trzy, może się jednak okazać, że będzie ich sto. W każdym razie pas ów do czasu usunięcia ładunków nie nadaje się do uprawy, użycia pod budowę dróg, szkół czy szpitali. Właściwie powinien on zostać wyłączony z użytku. Oczywiście jedna bomba kasetowa nie wyczerpuje problemu. Załóżmy że dowodzący jednostką żeby upewnić się, iż wróg zostanie definitywnie wyeliminowany w toku kilkudniowych walk użył na danym terenie około 20 takich pocisków. W efekcie: średnio pół tysiąca ładunków gotowych w każdej sekundzie do eksplozji zalega na terenie, na który wraca po walkach ludność cywilna. Zazwyczaj zaraz po wojnie wycieńczony walkami i wydatkami rząd nie ma środków, by pozbyć się wszystkich potencjalnych ładunków z terenu całego kraju. Rząd odbudowuje budynki, ma na utrzymaniu olbrzymia liczbę rannych... po prostu nie ma na to pieniędzy. Cywile wówczas radzą sobie jak mogą. Jako ze nie mogą zbyt wiele — wielu z nich umiera rozerwanych zapomnianym ładunkiem.

Polegając na opinii Amnesty International i Human Rights Watch około 40% ofiar bomb kasetowych to dzieci. To dość zrozumiale, jeśli zwrócimy uwagę na fakt, iż większość bomb kasetowych (a raczej bombek przenoszonych przez bomby kasetowe) produkowana jest w dość jaskrawych kolorach. Ma to ułatwić ich późniejsza identyfikacje oraz usuniecie niewybuchów. Problem polega jednak na tym, ze lekko zagrzebany w piasku kolorowy pojemniczek z perspektywy dziecka wydaje się bardzo interesująca zabawka. Taka piłeczka do podrzucania na przykład... Konsekwencja jest dość oczywista.

Amnesty International twierdzi, ze od 1965 roku bomby kasetowe zabiły około 13 tysięcy osób, w większości cywili. Jak wspomniano wcześniej, około 40% tych ofiar to dzieci. Powinniśmy jednak założyć, ze dane te mogą być w znacznym stopniu zaniżone, gdyż często przypadki śmierci cywilów na skutek działania niewybuchów nie zostają udokumentowane. Pamiętajmy, że mówimy o regionach, w których nawet ogólna liczba ofiar działań wojennych (zarówno po stronie wojska jak i ludności cywilnej) może zostać podana jedynie szacunkowo.

Wspomniany wcześniej argument jest już trudniejszy do obalenia. Zwolennikom bomb kasetowych pozostaje więc trzymanie się pierwszej linii obrony, a mianowicie: podkreślanie ich niesamowitej skuteczności bojowej. Pomijany jest przy tym fakt, iż koszty tej skuteczności ponoszą w dużym stopniu, przez wiele lat po zakończeniu działań zbrojnych cywile.

Do niedawna obrońcy bomb, jakby nie do końca dowierzając swej własnej argumentacji, podkreślali również, iż używania tego cudu myśli wojskowej nie zabraniają normy prawa międzynarodowego. W tej sytuacji w grę wchodzą jedynie normy definiujące humanitarne zasady prowadzenia konfliktów zbrojnych, a jako ze cywile nie byli bezpośrednim celem ataku, tak wiec trudno winić armię za te ’nieszczęśliwe wypadki’. Takie stanowisko było, mówiąc potocznie, dość naciągane. Wobec potwierdzonych faktów wypowiedzi zwolenników bomb kasetowych brzmiały z czasem coraz mniej i mniej przekonująco. Z czasem do głosu zaczynały dochodzić organizacje pozarządowe oraz grupy osób bezpośrednio pokrzywdzonych na skutek działania tej technologii starając się zakomunikować światu rzeczywiste oblicze problemu. Nie z punktu widzenia sztabowca, ale z pozycji szarego człowieka starającego się zwyczajnie żyć w i tak trudnej powojennej rzeczywistości.

Czy świat zareagował?

Bezpośrednim efektem wzrostu świadomości społecznej był proces powolnego przekładania się argumentów moralnych na poziom stosunków międzynarodowych. W roku 2007 z inicjatywy norweskiego ministra spraw zagranicznych J.Gahra i ONZ zwołana została konferencja w Oslo z udziałem 46 państw oraz wielu organizacji pozarządowych. W konferencji brały odział między innymi: Amnesty International; The Diana, Princess of Wales Memorial Fund, Greenpeace; Human Rights Watch; Handicap International; International, Campaign to Ban Landmines (ICBL); Czerwony Krzyż (ICRC); Iraqi League of Doctors; Oxfam GB i War Child. Impulsem, który skierował uwagę opinii publicznej na problem bomb kasetowych były ujawnione konsekwencje ich użycia przez Izrael w strefie Gazy w roku 2006.

Ukoronowaniem tych wysiłków i podsumowaniem prowadzonych rozmów była późniejsza konferencja w Dublinie w maju 2008r., w trakcie której aż 111 krajów poparło zakaz używania bomb kasetowych. Decyzja ta stanowiła pierwszy znaczący krok na drodze do globalnego wyeliminowania zagrożenia dla ludności cywilnej, jakie niesie ze sobą stosowanie tej broni.

Przedstawiciele krajów społecznie wrażliwych, bądź krajów które na własnej skórze przekonały się o ubocznych skutkach stosowania bomb kasetowych uznali, iż stosowanie ich, będąc moralnie nagannym - zasługuje na objęcie oficjalnym zakazem. Nawet Wielka Brytania tradycyjnie opowiadająca się przeciwko tego rodzaju inicjatywom zdecydowała się dołączyć do krajów popierających zakaz.

Anegdotyczny słoń a sprawa polska?

Polska w trakcie konferencji wstrzymała się od głosu. Smutne.

Posiłkując się wspomnianą wcześniej argumentacją dotyczącą skuteczności bomb kasetowych oraz mając na względzie fakt posiadania, przechowywania i produkcji bomb kasetowych przez RP (konkretnie w Zakładach Metalowych ’Kraśnik;) uznaliśmy zakaz ten za zbyt restrykcyjny. W tego rodzaju sytuacjach wstrzymanie się od głosu jest niemalże równoznaczne z poparciem stanowiska przeciwnego projektowi.

Dołączyliśmy tym samym do osi krajów mniej lub bardziej bezpośrednio blokujących wycofanie z naszego arsenału ładunków kasetowych. Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny czy Izrael dały wyraźnie do zrozumienia iż tego rodzaju konwencja godzi w ich interesy i stanowi zagrożenie dla ich obronności. Podtrzymały tym linie niektórych środowisk wojskowych podkreślających strategiczne znaczenie utrzymania tego arsenału.

Polska postanowiła zając wówczas dość wygodne stanowisko, które z jednej strony nie krytykuje bezpośrednio inicjatywy, z drugiej zaś podważa jej zasadność. Posiadamy w swym arsenale bomby kasetowe (stare, postradzieckie modele RBK, LBKas-250 i ZK-300 w przypadku których teza mówiąca o niskiej ilości niewybuchów jest raczej do pominięcia), aczkolwiek deklarujemy, iż właściwie to ich nie używamy. Stanowisko MSZ zakłada, iż nawet w strefach objętych działaniami zbrojnymi, w które zaangażowani są polscy żołnierze - nie stosujemy tego rodzaju broni. Przykładem może być oficjalna odpowiedź udzielona przez MSZ na zapytanie Human Rights Watch w sprawie stosowania arsenału kasetowego podczas działań naszych żołnierzy w Afganistanie. Arsenal ten — opierając się na danych MSZ — znajdując się na stanie magazynowym jednostek stacjonujących w Afganistanie zgodnie z naszymi procedurami mógłby zostać użyty jedynie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia bazy i to dopiero po uzyskaniu zgody wyższego dowództwa. Znaczy to, że dysponując bronią o charakterze wybitnie ofensywnym (zgodnie z opinią wojskowych) ograniczamy jej użycie do wyjątkowych działań defensywnych, ponosząc jednocześnie koszta jej przechowywania i zabezpieczenia. Wydaje się to przynajmniej interesujące zarówno z wojskowego punktu widzenia, jak i z punktu widzenia osoby zainteresowanej kalkulacją kosztów naszej obecności w Afganistanie.

Jaki jest zatem powód posiadania przez nas tego rodzaju sprzętu i zgody na jego powszechne użycie? Czysto pragmatyczna polska przezorność, czy tez coś na kształt rzekomego realizmu i zdrowego rozsądku? Czy zakładamy, iż w sytuacji posiadania sporych ilości bomb kasetowych przez Rosję, nasza decyzja o likwidacji takiego arsenału zmniejsza naszą zdolność bojową przez co naraża na niebezpieczeństwo suwerenność naszego kraju? Sytuacja Niemiec w kontekście potencjalnego rosyjskiego ataku z użyciem bomb kasetowych i dowolnego innego rosyjskiego sprzętu nie wydaje się o tyle lepsza, by uzasadnić ich decyzje o poparciu zakazu. Argument ten jest o tyle intrygujący dla co bardziej dociekliwego czytelnika, że z czysto praktycznego punktu widzenia, podążając za ta logika, moglibyśmy zacząć inwestować w broń gazową bądź biologiczną, która z pewnością zrównoważyłaby na swój tani i skuteczny choć moralnie naganny sposób rosyjską przewagę militarna. Na szczęście dla przeciętnego zjadacza chleba użycie broni gazowej i biologicznej jest już zakazane przez prawo międzynarodowe, tak wiec zwolennikom tak radykalnych rozwiązań pozostaje jedynie bronić prawa do użycia bomb kasetowych.

Tyle jeśli chodzi o argument oparty na strachu. Jest jeszcze argument oparty na lojalności względem sojuszników i towarzyszy broni. Stany Zjednoczone już podczas rozmów w Dublinie w sposób wyraźny zakomunikowały swym sojusznikom, iż poparcie tego rodzaju zakazu w znaczny sposób może utrudnić prowadzenie wspólnych sojuszniczych misji pokojowych (źródło: http://www.rp.pl/artykul/141222.html). Przedstawiając takie stanowisko przedstawicielom dyplomatycznym krajów sojuszniczych Stany czytelnie zagrały kartą lojalności wsparta przez nie wyrażone wprost założenie, iż kraj zakazujący USA używać tej jakże skutecznej w tzw. ’wojnie z terroryzmem’ czy w walce z dowolna inna ’osia zła’ broni - bezpośrednio sabotuje ich działania zmierzające do przywrócenia ładu i pokoju na planecie. Odpowiedź na tak postawiony argument jest jednak równie prosta jak sam argument: otóż jesteśmy niepodległym krajem. Nasza suwerenność przekłada się na decyzje polityczne oraz na oficjalne stanowisko wybieranego przez nas rządu. Istnieje spora szansa, że gdyby tego rodzaju wytyczne przyszły do nas w swoim czasie z Moskwy poparte identyczną argumentacja od ówczesnego wielkiego brata - uznalibyśmy stanowisko rządu za próbę przypodobania się zewnętrznym mocodawcom. Zarówno w oczach społeczeństwa,jak i w oczach społeczności międzynarodowej wyraźnie podkreślilibyśmy swój marionetkowy charakter. Na czym polega obecna różnica? Wydaje się iż kwestia dojrzałości politycznej społeczeństw przekłada się na ich zdolność do opowiedzenia się po stronie wartości uznawanych za słuszne.

Oczywiście Radosław Sikorski jak i każdy inny zwolennik bomb kasetowych mógłby podkreślić rolę naszych zobowiązań sojuszniczych względem mniej przytłaczającego swym ogromem sojusznika, jakim jest Gruzja i to w sytuacji, gdzie to właśnie my stanowiliśmy siłę wspierająca słabszego. Mówimy oczywiście o konflikcie rosyjsko — gruzińskim. Human Rights Watch ujawniła użycie bomb kasetowych przez wojska gruzińskie. Sytuacja doskonała propagandowo z punktu widzenia zwolenników bomb kasetowych. Otóż słabsza strona konfliktu nie mogąc równać się z potężnym przeciwnikiem decyduje się na użycie broni, która choć niehumanitarna to jednak jest konieczna by przeciwstawić się Rosji. Dość romantyczne porównanie zamienia tu bombę kasetowa w istną proce Dawida walczącego z Goliatem. W takiej sytuacji my, jako sojusznik walczącej w nierównej walce Gruzji, nie możemy sobie pozwolić na odebranie jej tej ostatniej szansy na utrzymanie możliwie równej pozycji na polu walki.

Argument o tyle piękny, o ile przemawiający do wielu naszych narodowych mitów i nawyków myślowych. Romantyzm nierównej walki, sojusznicy na śmierć i życie, honor itd. Niestety dla zwolenników tego rodzaju emocjonalnych metafor politycznych obraz matki dziecka rozerwanego starym ładunkiem jest bardziej emocjonalnie przekonywujący i ze względu na indywidualny charakter cierpienia, dużo bardziej czytelny.

Oczywiście stanowisko Polski opierać się może również na założeniu, iż skoro większość krajów, które opowiedziały się przeciwko bombom kasetowym nie posiada tego rodzaju uzbrojenia — wówczas ich głos nie może zostać uznany za ważny bądź wiążący. Tu znowu pojawiają się drobne paradoksy. Dlaczego właściwie głos krajów nie mających na składzie broni chemicznej miałby być wiążący bądź istotny dla np. Iraku, który w swoim czasie broni takiej używał? Pozwólmy więc sobie ten konkretny argument pominąć.

A co na to Pan Radosław Sikorski?

W kontekście powyższego wywodu intrygująca jest wypowiedź Radosława Sikorskiego zamykająca problem bomb kasetowych w ramach jego osobistego doświadczenia (źródło: http://wiadomosci.dziennik.pl/polit...). Na szczególną uwagę zasługują dwa fragmenty jego wypowiedzi:

Ja byłem bombardowany bombami kasetowymi, to nie jest aż tak uciążliwe, bo one maja mniejszą siłę rażenia.

oraz nie mniej intrygujący fragment:

To znaczy odłamki bomb kasetowych szerzej się rozpryskują, jeśli by się było na otwartej przestrzeni, to jest zabójcze, ale jeśli się już ma jakąś minimalna osłonę, to one są mniej szkodliwe niż tradycyjne bomby.

Wypowiedzi te są o tyle zabawne, co na swój sposób przerażające. Otóż z braku innych argumentów przyparty do muru polski minister będący zwolennikiem broni uznawanej za niehumanitarną i uderzającą w ludność cywilną w ogóle ignoruje kwestie ludności cywilnej i przywołując swe wlane doświadczenia stara się przenieść uwagę odbiorcy na pole bitwy... W tym też miejscu zaczyna bagatelizować skuteczność sprzętu, którego jest adwokatem. Jest to o tyle zadziwiające, że wszelkie inne argumenty przemawiające za bombami kasetowymi, argumenty stanowiące podstawę naszej polityki względem problemu, opierają się właśnie na rzekomej skuteczności tej broni.

Wygląda to w następujący sposób: ’mamy bo musimy, bo nam kazano, bo nasi sojusznicy używają, ale właściwie to nie używamy, ale mamy bo mamy... a tak w ogóle to one wcale nie są skuteczne’.

Zarzuca się Polakom brak abstrakcyjnego poczucia humoru. Wydaje się jednak iż naszym stanowiskiem w sprawie bomb kasetowych zdecydowanie przeczymy tej tezie.

Nadzieja na przyszłość?

W międzyczasie świat posunął się naprzód. Dnia 1 sierpnia 2010 Organizacja Narodów Zjednoczonych potwierdziła wejście w życie konwencji o zakazie używania bomb kasetowych, która to konwencja uzyskała ratyfikację 38 z 30 wymaganych państw. Norwegia, Watykan, Austria, Irlandia, Meksyk, Nowa Zelandia, Albania, Chorwacja, Laos, Sierra Leone, Zambia, Belgia, Dania, Francja, Niemcy, Japonia, Czarnogóra, Słowenia, Hiszpania, Burundi, Luksemburg, Macedonia, Malawi, Malta, Nikaragua, Niger, San Marino i Urugwaj dały nam przykład pokazując, ze tylko od woli politycznej zależy czy świat stanie się bardziej ludzkim miejscem do życia.

Mapka na serwisie www.stopclustermunitions.org/ pokazuje obecną sytuację na świecie. http://www.stopclustermunitions.org...

Polakom pozostaje czekać w zawstydzeniu aż w końcu kraj, który kiedyś podkreślał, że walczy za ’Wolność Naszą i Waszą’, poczuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za wspólne dobro rodzaju ludzkiego.

Krzysztof Krzyś


Komentarze (zapraszamy do dyskusji):

Paula / 29 sierpnia 2010

Poległam, czytając wypowiedzi ministra Sikorskiego.

Afrobert / 2 września 2010

Dobry tekst.

Kasia Derlicka/ International Campaign To Ban Landmines / 2 września 2010

Swietny tekst, gratuluje! Chcialabym widziec wiecej tego typu w polskich mediach i doczekac chwili, gdy polscy decydenci nie beda mogli pozwolic sobie na tak ignorancka postawe i aroganckie zachowania. Panie Krzysztofie posze o pozostanie z tym tematem.
Pozdrawiam.

Czaro / 2 września 2010

Bardzo mi się podoba Krzycho :) GOOD JOB :DD

dominik / 2 września 2010

Gratulacje Krzysiu! Ważna sprawa, dobry tekst.

Rumcajs / 16 października 2010

Polska wstrzymała się od głosu prawdopodobnie ze względu na nacisk 2 krajów, które notorycznie używają wspomnianego wynalazku: USA i Izrael, ot i cała tajemnica...

Marcin / 30 stycznia 2014

Tekst napisany jest przez osobę nie mającą zbyt dużego pojęcia o wojskowości i aktualnych zagrożeniach dla bezpieczeństwa militarnego Polski.
Po co nam bomby kasetowe? Żeby wywiązać się z zobowiązań sojuszniczych? Bzdura. Wielka Brytania jest najbliższym sojusznikiem USA i mimo to poparła zakaz. My też mogliśmy i nie byłoby żadnych konsekwencji. Przecież konwencja obowiązuje tylko te kraje które ją podpisały, a przecież nasz Wielki Sojusznik (USA) jej nie podpisał, więc i tak mogą sobie te bomby produkować i nikt im tego nie zabroni.
Może najpierw należałoby spytać, przed jakimi zagrożeniami stoi Polska?
Niemcy już nas raczej nie zaatakują, Chiny, Korea Pn. czy Iran również (trochę za daleko), ale na wschodzie mamy przecież Potężnego Wielkiego Brata (Rosję) i jego Wasala - Białoruś.
Oczywiście zaraz ktoś odpowie że przecież Rosji (ani tym bardziej Rosji i Białorusi razem) nie pokonamy, więc po co nam te bomby? Ale wychodząc z założenia że i tak nie mamy szans, to po co się zbroić w ogóle?
Ano po to, żeby sprawić, że atak na nas byłby nieopłacalny (albo przynajmniej mniej opłacalny). W końcu w każdej wojnie chodzi o to żeby coś zyskać - ziemię, dostęp do surowców itp. itd. A w naszej historii już nie raz sąsiednie Państwa widząc słabość Polski połasiły się na naszą ziemię.
Więc należy mieć na tyle dużo uzbrojenia i na tyle silnego aby potencjalnym agresorom znacząco utrudnić/uprzykrzyć/zrobić nieopłacalną agresję na Polskę. Sprawić że agresja na nasz kraj będzie dla nich nieopłacalna i zbyt kosztowna w stosunku do oczekiwanego zysku.

Oczywiście Rosja mogłaby zaatakować nas bronią atomową. Ale po pierwsze jakie potencjalne konsekwencje mogłyby być dla nich samych - przecież USA jest naszym sojusznikiem w NATO i przynajmniej teoretycznie mogliby zaatakować bronią atomową cele w Rosji, również z ekonomicznego punktu widzenia też nie miałoby to sensu bo sami nie mogliby później z tej ziemi korzystać bo by była skażona. Więc najbardziej prawdopodobny byłby atak konwencjonalny - jak w Gruzji - a wiec piechota, siły pancerne i lotnictwo.
O ile z lotnictwem mamy całkiem spore szanse sobie poradzić - trochę naszymi F16 razem i samolotami z krajów sąsiednich (to akurat można bardzo szybko zorganizować), naszych zestawów rakietowych Grom (w Gruzji siały ogromne spustoszenie w siłach rosyjskich) i być może nowych baterii rakiet przeciwlotniczych które mamy niedługo zakupić, o tyle z piechotą i czołgami mamy małe szanse. Nasze czołgi nie są tak nowoczesne jak np. niemieckie już nie mówiąc o tym że mamy ich znacznie mniej niż Rosjanie, piechoty też nie możemy zebrać tyle ile Rosjanie i Białorusini bo w końcu jesteśmy troszeczkę mniejszym krajem.
A co jest najlepszą obroną przeciw piechocie i siłom pancernym? Precyzyjna artyleria, bombowce, oraz broń kasetowa. Artylerii precyzyjnej nie mamy (poza tym jest bardzo droga), bombowców tym bardziej, a broń kasetową mamy, sami ją produkujemy i jest stosunkowo niedroga w porównaniu do innych rodzajów broni. I nie jest to broń ofensywna jak jest napisane w artykule lecz typowo defensywna. Działa najlepiej na otwartym polu walki, jej skuteczność na terenie zabudowanym jest bardzo ograniczona (chyba że są to chaty z gliny kryte trzciną). Bombki są bardzo małe i przenoszą stosunkowo niewielkie ładunki, więc bomba kasetowa spuszczona np. na osiedle mieszkaniowe nie zadała by zbyt dużych strat, ale już np. spuszczona na maszerującą piechotę czy jadące czołgi (wersja z bombkami przeciwpancernymi) - tutaj straty byłyby ogromne. Jest to więc idealna broń biorąc pod uwagę nasze warunki geograficzne i geopolityczne którą możemy odstraszyć od ataku na nas potencjalnych agresorów.
A co do niewypałów - oczywiście to może być problem, zwłaszcza przy starszych typach bomb. W najnowszych typach odsetek niewypałów jest już znacznie poniżej 5%, a są już nawet produkowane takie gdzie niewypałów nie ma praktycznie wcale - montuje się w bombkach czujniki czasowe, które po wystrzeleniu odliczają czas i jeżeli nie wybuchną przy uderzeniu z ziemią, to wybuchają samoistnie np. po 30 sekundach. Takie różnego rodzaju czujniki są teraz tak tanie że koszt ich montażu w bombach jest śmiesznie mały. Co do starszych bomb - trzymane są one właściwie tylko po to, że jakby wybuchła wojna na całego i nasz zapas nowoczesnych bomb by się skończył, to można by na końcu wykorzystać te starsze.
A tak na zakończenie - jeśli miałbym do wyboru albo użerać się z leżącymi niewypałami po nieudanym ataku Rosji na nasz kraj, albo żyć pod zaborem rosyjskim po udanym ataku (z powodu braku dobrej obrony), to ja wybieram jednak to pierwsze.

Gość / 20 maja 2016

"Polakom pozostaje czekać w zawstydzeniu" po co odpowiedzialność zbiorowa?

antypacyfista / 6 lipca 2016

Ja się nie wstydzę wcale. Co więcej niecierpliwie czekam na to, by polski przemysł zbrojeniowy wzbogacił swoją ofertę o podobną do Hsyta-1 155mm amunicję kasetową do Krabów i Kryli a także o podobną 120mm amunicję do samobieżnych moździerzy Rak, które są zdolne do tego, by salwa pierwszych trzech pocisków wystrzelonych przez pojedynczy moździerz dotarła nad cel jednocześnie. Doskonała rzecz biorąc pod uwagę to, że największe straty od ostrzału ponosi się w początkowych jego sekundach. Jeśli dodać by więc jeszcze amunicję kasetową, możliwości tego moździerza wzrosłyby niezmiernie.
No i jeszcze jedno.
Zamiast bajeczek o wolności naszej i waszej, zdecydowanie wolę kiedy w razie czego to nie mamusie polskich żołnierzy, tylko agresorów po swoich pociechach rzewnymi łzami zapłaczą.
W taki właśnie sposób traktują rzecz Izraelici, którzy również nie podpisali żadnych bredni w Dublinie. I jak pokazuje historia lat ostatnich, dobrze na takim podejściu do rzeczy wychodzą.


Dodaj komentarz — zapraszamy do dyskusji!

 
Nasi Partnerzy Amani Kibera Instytut Globalnej Odpowiedzialności Counter Balance Polska Akcja Humanitarna Grupa Zagranica Bankwatch Network Polska Zielona Sieć