Biedna Afryka. Bogata Afryka. Jaka Afryka?

Biedna Afryka. Bogata Afryka. Jaka Afryka?

Dotykając problemów gospodarczych Afryki nie sposób nie poświęcić kilku słów genezie pewnych problemów. Początek szerszego zainteresowania się Afryką (w znaczeniu pomocy dla kontynentu) datuje się na czasy powojenne. Mało kto przed drugą, a na już pewno przed pierwszą wojną światową podnosił kwestię pomocy Afryce na forum międzynarodowym. Co nie oznacza oczywiście, że problem nie istniał, że ludzie nie głodowali czy nie byli masowo mordowani pzez kolonizatorów. Rzecz ciekawa - dopiero po zrzuceniu jarzma kolonii, a zatem w latach 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku problem zaczął być dostrzegany przez opinię publiczną. Odcięte od swych metropolii, z którymi były związane nawet nie tyle politycznie co gospodarczo, przestały sobie radzić. Kolonizatorzy wycofując się z okupowanych terenów wycofali nie tylko kapitał ale i czynnik ludzki w postaci wykwalifikowanych pracowników oraz to co dziś z angielska nazywamy know-how. Problem w tym, że pozostawione samym sobie młode państwa afrykańskie nie tylko nie wiedziały how ale i what. Myliłby się ten jednak bardzo ten kto uważa, że całość problemów tego kontynentu ma swe korzenie w jego kolonialnej przeszłości. Młode państwa afrykańskie pozostawiono z największym błędem jakiego dopuścili się Europejczycy - sztuczny (południkowy i równoleżnikowy) podział granic. Problemy etniczne miały stać się codziennością dla Afryki na kolejne dziesięciolecia...

Na fali tychże konfliktów pojawiają się nowe, lokalne siły polityczne. Młode demokracje są narażone na różne problemy, o których dawniej nawet nie słyszały - narasta niezadowolenie a władzę przejmują ludzie o dużych ambicjach autorytarnych - raz zasmakowawszy władzy nie chcą jej oddać. Stąd już prosta droga do władzy kacyków i lokalnych klanów, które będą nadawały "dość niski" ton polityce afrykańskiej.

Afryka dziś

Borykająca się z problemami etnicznymi, żywnościowymi i konfliktami militarnymi na tym tle to Afryka Anno Domini 2007. Konflikty między plemionami napędzają konflikty polityczne w całym regionie, co skutecznie odstrasza garstkę i tak bardzo odważnych inwestorów zagranicznych. A już na pewno skutecznie zniechęca lokalny drobny kapitał do jakichkolwiek działań. Zresztą w Afryce kapitał prywatny ogranicza się do drobnych właścicieli ziemskich - problem własności ziemi jest wciąż jedną z największych przeszkód dla gospodarki rynkowej- oraz do rzemieślników i handlarzy w większych osiedlach.

Problem żywnościowy to z kolei problem znany w Afryce od zarania dziejów. Tak naprawdę 50% powierzchni kontynentów to wielki magazyn kwarcu. Nadające się pod uprawę grunty nie przeszły natomiast w tak dużym stopniu zielonej rewolucji jak to miało miejce choćby w Indiach czy Chinach, które odzyskały samowystarczalność żywnościową. Walka o ziemię uprawną, o wodę pitną czy o teren wypasu bydła nakłada się na konflikty etniczne a często bywa ich zarzewiem. Jednak o prawdziwej eskalacji konfliktu na modłę afrykańską można dopiero mówić gdy do sporu o wodę, tereny uprawne oraz terytorium plemienne dołożymy to co jest wielkim bogactwem Afryki - złoża surowców naturalnych. Z taką swoitą fuzją konfliktów mieliśmy ostatnio do czynienia w Sudanie w prowincji Darfur. Konflikt chwilowo zażegnano ale paradoksalne pytanie pozostaje: Jak to się dzieje, że bieda Afryki wynika wprost z jej bogactwa.

Mit zasobów naturalnych jako podstawy bogactwa narodu

Po pierwsze należałoby skończyć z mitem, że państwo bogate w surowce mineralne to państwo zamożne. Według badań Jeffreya Sachsa i Andrew Warmera z Institute for International Development na Harvardzie nie ma bezpośredniego przełożenia wydobycia surowców na dynamikę rozwoju państwa. Co więcej na podstawie badań porównawczych stwierdzili, że w państwach o wysokiej relacji eskportu surowców do PKB w roku 1971 odnotowano niższą dynamikę gospodarczą od pozostałych krajów.

Jak się okazuje z państw afrykańskich są wywożone surowce ale pieniądze wcale nie trafiają do ludności w postaci jakiegokolwiek świadczenia. Powodów jest kilka. Jednym z nich jest to, że większość firm wydobywczych to zagraniczne koncerny, które zresztą w różny sposób uzyskały licencje na eksploatowanie złóż. Drugim problemem jest defraudacja przez lokalne władze środków pochodzących ze sprzedaży surowców a często przeznaczanie ich na zakup sprzętu wojskowego (a przecież nie w sąsiedniej powiedzmy Mauretanii ale we Francji i innych) i prowadzenie lokalnych wojen.

Niedojrzała demokracja wraz z brakiem podstawowych swobód kapitalistycznych sprawiła, że ostatnie 40-50 lat w historii Afryki należy uznać za stracone. Lokalni kacykowie, nawet jeśli ukrywają się za tytułami prezydentów i innych, w większości są pasożytami wyhodowanymi przez świat zachodni zresztą. Obie strony po społu doprowadziły Afrykę do upadku. PKB per capita nie dość, że nie wzrósł to jeszcze spadł a najwyraźniejszym tego przykładem jest Nigeria - nota bene jedyny kraj Afryki, który skorzystał na kryzysie naftowym - gdzie PKB w latach 1980- 2000 spadł o 40%.

"Pomoc", która pomocą wcale nie jest...

Na różne sposoby, w większości mocno nietrafione, świat próbuje pomóc Afryce się wydzwignąć. Co oczywiście zadaniem łatwym nie jest, choć przy odrobinie dobrej woli i rozsądku sądzę, że jest zadaniem wykonalnym.

Jednym ze sposobów pomocy jakie zostały uruchomione to pożyczki dla państw afrykańskich. Problem w tym, że pożyczki dla krajów afrykańskich mają mnóstwo wad: pomijając oczwistą wadę każdego kredytu, musi on kosztować. Po pierwsze pieniądze z zaciągniętych kredytów wydawane były i wciąż są na różne dobra konsumpcyjne za granicą. Ale przecież Gambia od Burkina Faso prawie nic nie kupuje bo i co by miała kupić. Za to w USA, Europie na Dalekim Wschodzie wybór jakby już większy. Stąd pożyczone środki bardzo szybko wracają do pożyczkodawców napędzając ich gospodarki. A państwa afrykańskie odnotowują kolejną sumę po stronie Winien. Oczywiście pozostaje kwestia lokalnej władzy, która swoje dostać musi - defraudacja niejako z urzędu.

Jak już wspomniałem pieniądze rzadko kiedy idą na inwestycje mogące w przyszłości sfinansować spłatę pożyczki. Co więcej nawet gdy pieniądze są wydatkowane np. na jakiś element infrastruktury pojawiają się problemy natury politycznej. Różne regiony, plemiona nie mogą dojść do porozumienia w efekcie czego upragniona szosa miast łączyć dwa ośrodki produkcyjne z portem morskim łączy dwa bliżej nieokreślone punkty na mapie.

Gdy już dane państwo ma odpowiednio duży zapis po stronie Winien, może zacząć myśleć o redukcji rzeczonego długu. I tu też państwa zachodnie uginają się pod presją różnych osób, grup i stowarzyszeń mniej lub bardziej formalnych i anulują z różnych okazji - ostatnio Jubilee 2000 - długi państwom tzw. Trzeciego Świata. A cóż to może oznaczać dla władz lokalnych? « Pożyczajmy więcej - potem znów nam umorzą... - i tak koło się zamyka. Teza ta znajduje potwierdzenie w badaniach prof. Davera Easterlyrego, któr obliczył, że w latach 1989 - 1997 41 najbiedniejszym państwom darowano 33 mld $. Te z kolei w tym samym czasie potrafiły pożyczyć 41 mld $. Zaiste cudowny sposób na na wydźwignięcie Afryki z biedy.

Kolejne kuriozum, na szczęście ostatnie jakie poruszę, to bezpośrednia pomoc finansowa, pomoc bezzwrotna. Jest to ni mniej ni więcej jak przekazanie pewnej sumy pieniędzy do budżetu jakiegoś państwa bez wskazania czasem przeznaczenia. W tego rodzaju rozdawnictwie przoduje ostatnio Jacques Chirac, prezydent pewnego "ledwie dyszącego" państwa na zachodzie Europy. Jego sztandarowym pomysłem z dziedziny spraw afrykańskich to obłożenie podatkiem solidarnościowym biletów lotniczych. Za uzbieraną kwotę Afryka miałaby rzekomo wkroczyć na drogę trwałego rozwoju wiodącą ją do dobrobytu państw już rozwinietych... Nikt oczywiście państw rozwiniętych nie pytał, czy chcą płacić kolejny podatek. Sam Chirac chyba sam sobie nie postawił pytania o lepsze sposoby na poprawę sytuacji na tym ogromnym kontynencie. Bo to, że sami mieszkańcy Afryki mają dość koncertów w stylu Live Aid czy pochodów i demonstracji różnej maści to pewne. Jedno jest pewne, Pan Chirac tego pomysłu już w życie nie wprowadzi. Oby tylko inni się opamiętali i nie próbowali go forsować.

Co robić?

Pamiętając, że w latach 1956 - 1986 do Afryki napłynęło różnymi kanałami 1,8 biliona $ i wiedząc, że sytuacja miast się polepszyć pogorszyła my też powinniśmy dojśc do wniosku, że należy szukać innych sposobów pomocy. Nie jest celem tej pracy wskazywanie cudownych rozwiązań ani pouczanie kogokolwiek, jednakowoż niektóre rozwiązania nasuwają się same.

W mojej opinii niezłym pomysłem byłoby obniżenie, bądź zniesienie ceł dla tych krajów na i tak nieliczne artykuły przezeń produkowane na eksport. Nie musiałyby wtedy czekać biernie na pomoc od kogoś a same zaczęłyby zbierać kapitał. Napływ kapitału, będącego owocem własnej pracy a nie przemyślanej gry państw zachodnich z pewnością ożywiłby inne gałęzie gospodarki a może i przyczynił się do utworzenia nowych. Narzędzie ani genialne ani nowe acz warte wypróbowania.

Drugą radą, adresowaną głównie do przywódców pokroju ustępującego już prezydenta Chiraka, to uzdrowienie wpierw własnej gospodarki. Na pewno w perspektywie kilkuletniej wygenerowałaby ona środki na bezpośrednie inwestycje zagraniczne, które w części mogłyby napłynąć na kontynent afrykański.

Również wspieranie reform demokratycznych oraz edukacji jak najszerzej pojętej byłoby świetnym prezentem dla Afryki. Gdy się głębiej zastanowić to zauważymy, że państwa afrykańskie nie mają praktycznie żadnego przemysłu poza wydobywczym. Ludność żyje z rolnictwa, myślistwa i zbieractwa. Czasem w warunkach pokoju pojawiają się dochody z turystyki. Brak jest w Afryce jakichkolwiek zakładów produkcyjnych, praktycznie nie istnieje obróbka surowców a zatem nie istnieje też wartość dodana. Nie ma tego co buduje bogactwo społeczeństw świata zachodniego: sprzężenie kapitału i wiedzy. Wielkiego kapitału z przyczyn oczywistych nigdy w Afryce nie było a wiedza wyjechała wraz z kolonizatorami. Stąd tak ważne wydaje się wspieranie programów edukacyjnych, systemu stypendiów, kształcenie młodych ludzi na uczelniach w krajach rozwiniętych. Pozwoliłoby to na uniezależnienie się od rolnictwa i rozpoczęcie jakiejkolwiek produkcji, tak by Afryka zaczęła również osiągać korzyści z wiedzy a nie tylko z surowców mineralnych, uprawy kawy, kakao i pracy rzeszy niewykwalifikowanych robotników.

Dobrym sposobem pomocy bezpośredniej byłaby pomoc rzeczowa np. w sprzęcie czy też w wykonawstwie pewnych inwestycji potrzebnych z punktu widzenia danego kraju. Pomoc techniczna, merytoryczna, eksport swoistego know how miałyby niebagatelny wpływ na wydziwgnięcie kontynentu z marazmu gospodarczego. Pozwoliłoby to w mojej ocenie na dużo lepsze wykorzystanie środków i ograniczyłoby skalę nadużyć. Bo o jednym należy pamiętać, że ta pomoc jest finansowana z owoców naszej pracy - warto by była dobrze wykorzystana. Jak łatwo zauważyć, pod koniec pracy zacząłem nagminnie używać trybu przypuszczającego choć gdyby istniał tryb powątpiewający z pewnością pasowałby bardziej. Nie łudzę się, że w najbliższym czasie nastąpi reorientacja polityki względem kontynentu afrykańskiego. Nie broni mi to jednak zareagować sarkastyczną uwagą przy kolejnym koncercie Live Aid czy apelu Bono z U2.

Autor: Wojciech Skrobisz

Artykuł zaczerpnięty ze strony:www.dyplomacja.org


 
Nasi Partnerzy Amani Kibera Instytut Globalnej Odpowiedzialności Counter Balance Polska Akcja Humanitarna Grupa Zagranica Bankwatch Network Polska Zielona Sieć